zobacz więcej
Mariańska Wspólnota Młodych | Świadectwa
578
page-template-default,page,page-id-578,qode-quick-links-1.0,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,side_menu_slide_with_content,width_370,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-11.2,qode-theme-bridge,wpb-js-composer js-comp-ver-5.2.1,vc_responsive
 

Świadectwa

Karol, 2018

Wybierając się na marianki nie sądziłem, że spotka mnie tam wielkie doświadczenie miłości Boga. Myślę, że był to jeden z najbardziej przełomowych momentów mojej wiary. Tylu ludzi w jednym miejscu tworzących żywy Kościół. Uświadomiłem sobie, że mało czasu poświęcam modlitwie, czytaniu słowa. Sądzę, że to nie był przypadek, że się tam znalazłem. Pan Bóg przez drugiego człowieka mnie zaprosił na spotkanie ze sobą. Odczułem, że to było takie ,,Karol, chcę Cię doświadczyć swoją mocą, chcę Cię tutaj”. Jestem bardzo wdzięczny Filipowi, który mnie zaprosił na marianki. To właśnie tam zdałem sobie sprawę, że moja relacja z Panem Bogiem jest jeszcze bardzo mała. Duch Święty działał. Namiot na
mariankach był prawdziwym namiotem spotkania. Przez cały ten czas towarzyszył mi cytat z Ewangelii św. Mateusza: ,, Bo gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam jestem wśród nich”.
Był to dla mnie czas owocny. Czas, w którym Pan Bóg przyszedł do mojego serca na nowo, w którym tchnął swojego Ducha. Zdałem sobie sprawę, jak ważna jest modlitwa, relacja z Panem Bogiem. Jeżeli chcemy pozwolić Jemu działać w swoim życiu to on doświadcza wtedy swoją łaską. Chwała Panu!

Matuesz, 2018

Cześć! Mam na imię Mateusz. Niedawno byłem na Mariankach w Górze Kalwarii i chciałbym w skrócie opowiedzieć Wam co się tam działo i jak ja przeżyłem ten czas. Zacznijmy może od tego, że gdyby nie moi wspaniali rodzice i nie mniej wspaniały ksiądz Rafał nigdy bym tam nie pojechał. Muszę powiedzieć, że należę do katolickiej wspólnoty Chemin Neuf, która raz na jakiś czas organizuje weekendy modlitewne (serdecznie zapraszam!) i wiem z czym wiąże się taki wyjazd. Mam na myśli to, że w następny tygodniu po Mariankach miałem mieć trzy sprawdziany i perspektywa trzydniowego wyjazdu bez możliwości nauki – no bo kto normalny brał by książki na wyjazd – po prostu mnie przerażała. Nie to, że lubię się uczyć, ale wiedziałbym wtedy przynajmniej z czego dokładnie dostanę pałę…
Zatem do wyjazdu na Marianki zostałem po części zmuszony. Jadąc autokarem wyobrażałem już sobie przewiercające mnie na wylot, wściekłe spojrzenie pani od fizyki. No ale cóż. Takie życie, mówi się trudno. Po przyjeździe zostaliśmy zakwaterowani na sali gimnastycznej w ogólnokształcącym liceum w Górze Kalwarii gdzie mieliśmy nocować. Rozłożyłem się gdzieś w rogu sali obok kolegi, z którym poszliśmy potem obczaić resztę szkoły. Następnie gdy wszyscy byli już rozpakowani zebraliśmy się przed budynkiem i wyruszyliśmy pieszo na miejsce gdzie miały odbywać się Marianki, przy okazji wyszukując wszelakie Żabki Biedronki i inne małe sklepy, do których można by się wybrać pomiędzy wydarzeniami. Dotarliśmy na polanę obok małego kościółka gdzie rozłożony był wielki biały namiot. Pod namiotem rozłożona była scena, na której jakiś zespół grał i śpiewał coś żeby zająć ludzi, którzy już przyszli. Usiedliśmy sobie na poduszkach w końcu namiotu. Następnie gdy wszystkie grupy dotarły już na miejsce odbyło się uroczyste przywitanie, po którym ksiądz Paweł bez zbędnego gadania otworzył Marianki, których tematem miał być Duch Święty. Poprosili nas o powstanie i zaczęło się śpiewanie, jak i potem też tańczenie. Znalazł się też czas na przerwę na zupę – była całkiem spoko. W pewnej chwili na scenie pojawił się jakiś człowiek z brodą -perkusista jak się przedstawił – powiedział żebyśmy se usiedli i zaczął opowiadać kawały, a gdy poziom ich suchości sięgnął zenitu tak, że musiał się napić przeszedł do świadectwa, w którym mówił jak Bóg w nim działa i przez niego czyni cuda. Był to niezwykły człowiek. Kiedy skończył opowiadanie poprosił nas o powstanie i zaczął się modlić do Ducha Świętego wielbiąc Go, mogłoby się wydawać przypadkowymi słowami. Jestem przyzwyczajony do takiego rodzaju modlitwy, ale dla kogoś kto był pierwszy raz na takim wyjeździe mogłoby się to wydawać trochę dziwne. Następnie stało się jednak coś czego jeszcze nigdy na żywo nie doświadczyłem. Otóż Bóg zaczął uzdrawiać ludzi przez tego człowieka z różnych chorób i problemów! Facet normalnie wymieniał po kolei osoby, które zostały wtedy uzdrowione. Nie było to może tak spektakularne jak czynił to Jezus (mówię o uzdrowionych niewidomych, albo chodzących paralitykach), ale było to coś tak niesamowitego, że nie da się tego opisać. Po prostu się to czuło. Na koniec wszyscy razem modlili się do Ducha Świętego swoimi słowami. To także było niezwykłe, bo można było poczuć się jak jedna wielka rodzina, gdzie nikt nie gapi się na Ciebie, bo modlisz się na głos słowami, których nigdy normalnie głośno byś nie wypowiedział… To było super! Wróciliśmy do szkoły. Wieczór jak wieczór. Trzeba było się nieźle naczekać żeby dostać się do łazienki (jeśli oczywiście ktoś chciał, bo ja, kiedy zobaczyłem kolejkę zrezygnowałem z mycia zębów)!
Następnego ranka po śniadaniu – z którego wszyscy wynosili po zgrzewce Bakusiów – narzekając na ból pleców jak stare dziadki i na chrapanie księdza Rafała, wyruszyliśmy w drogę na polanę z namiotem. Większość dnia spędziliśmy na słuchaniu nauk o postaciach i tym kim jest Duch Święty. Nie obyło się bez śpiewów i tańców, po których była przerwa na kiełbaski, a gdy wszyscy zjedli, każdy dostał pomarańczową koszulkę z białym napisem ,,Marianki 2018” i okiem opatrzności. Moim zdaniem bardzo fajny pomysł. Potem mieliśmy czas na spowiedź i modlitwę wstawienniczą co bardzo mi się podobało. Wieczorem była jeszcze Msza Święta, po której wróciliśmy na noc do szkoły. Ostatni dzień Marianek rozpoczęliśmy z przytupem, ponieważ pod naszym namiotem gościliśmy dwóch raperów, którzy poprowadzili nietypowe uwielbienie gdzie można było się powydzierać i poskakać. Faceci byli świetni! W międzyczasie każdy z nich dał świadectwo swojego nawrócenia, które naprawdę podniosło mnie na duchu. Po zakończeniu ,,imprezy uwielbienia” było coś do zjedzenia. W tamtą niedziele, jako ostatni punk programu uczestniczyliśmy w uroczystej Mszy Świętej (na polanę zjechało się wtedy z tysiąc, o ile nie więcej osób), podczas której kard. Kazimierz Nycz ustanowił tamto miejsce sanktuarium Świętego Stanisława Papczyńskiego. Po tej trzygodzinnej mszy było można dostać zupę i kiełbaski. Rano spakowaliśmy i wzięliśmy swoje rzeczy ze sobą na polanę, więc autokar, którym mieliśmy wracać po prostu po nas podjechał. Jakoś o szesnastej wróciliśmy pod kościół…
Muszę powiedzieć, że choć byłem już na wielu wyjazdach z moją wspólnotą, to ten był naprawdę super. Wszystko było dobrze zorganizowane więc nie nudziłem się tam, doświadczyłem wielu nowych rzeczy, a co najważniejsze czuję, że naprawdę umocniłem moją wiarę. To było niesamowite przeżycie. I pomyśleć, że to wszystko za te pięć dych… Nic, tylko jechać! Chwała Panu!

Zosia, 2018

Na Mariankach byłam pierwszy raz. Na co dzień, gdy myślimy o szkole, rodzinie, można popaść w rutynę. Niby chodziłam na wspólnotę, ale nie przynosiło to jakichś większych owoców. To co przeżyłam na Mariankach, czego doświadczyłam, dało mi siłę do działania, do niesienia tego co można zyskać w wierze i co zrobił dla nas Pan Jezus.
Na tegorocznym zlocie Młodzieży Mariańskiej tematem przewodnim był Duch Święty, jego działanie i dary. Najbardziej trafiła do mnie spowiedź i Uwielbienie, gdzie cały czas towarzyszyła mi intencja, którą mam w sercu od wielu lat. Mogłam „nawrócić się” podczas uwielbienia. Dowiedzieć się, że to, że trwam przy Chrystusie nie jest na marne, że ma to wielki sens i znaczenie.
Było tam wiele wspaniałych ludzi, z którymi można było się śmiać, tańczyć, śpiewać ale i w chwilach wzruszenia płakać. Mogliśmy posłuchać wielu wspaniałych ludzi, którzy opowiadali o swoich doświadczeniach w wierze, w Bogu.
Czasem trzeba zwatpic, wpaść w w rów wiary, by przekonać się że to ma sens i nie straciło się na tym ani chwili, a nawet tych chwil było za mało
#nieBójSięWątpićAleUwierzWNIEGO

Zuzia, 2017

W moim wspomnieniach zostaną jako radosne dni spędzone blisko Boga. Tak blisko, że chyba bardziej się nie da. Jak gdyby nasze dusze zostały do niego przyklejone.
Niezwykłych i wartych opisania było parę momentów. Po pierwsze adoracja. Cisza wokół, słowo Boże i śpiew wprowadzające nas w stan delikatnego oderwania od rzeczywistości. Po drugie – sobotnia spowiedź, po której ludzie nie chodzili, lecz unosili się w powietrzu. Rozmowa z duszpasterzem w cztery oczy ruszyła wszystkich i już nikt nie był w stanie zmyć tych przepięknych uśmiechów nam z twarzy. Ostatnią rzeczą, o której chcę pamiętać to koncert zespołu NiemaGOtu. Odśpiewanie ośmiu błogosławieństw przepełniło mnie wiarą i odwagą, a to, że przy okazji nabawiłam się zakwasów – zupełnie nieważne.
Celem marianek było „ruszyć duszę”. Podsumowując może stwierdzić, iż moją ruszyły na pewno. Wiele bym dała, żeby znowu móc się poczuć dokładnie tak jak tam, na Mariankach.

Magda, 2017

Przyjazd na Marianki w tym roku był dla mnie czymś oczywistym. Przed wyjazdem miałam jednak pewne obawy, o to czy odnajdę się w towarzystwie. Co prawda znałam większość ludzi z mojej grupy, jednak z nikim nie byłam w bardzo mocnej zażyłości. Okazało się jednak, że moje lęki były zupełnie niepotrzebne. Spędziłam czas z naprawdę świetnymi ludźmi.
Myślę, że potrzebowałam także dystansu od mojego codziennego życia i ludzi. Wróciłam naładowana pozytywną energią, a temat „rusz duszę”, cały czas krąży mi po głowie. Na Mariankach podjęłam także decyzję, by zająć się ważną dla mnie relacją, którą zaniedbałam.
Przeżyłam także cudowne doświadczenie. Podczas nabożeństwa, w trakcie którego planowałam iść do spowiedzi, przypomniał mi się sen, który miałam jakiś czas przedtem. Śniło mi się, że przytulam mojego kolegę w specyficzny, opiekuńczy sposób i poczułam, że Bóg chce tak samo przytulić mnie. Sama spowiedź też była miłym doświadczeniem. Po rozgrzeszeniu podeszłam do moich znajomych ze słowami „Było mega!”.
Marianki to naprawdę dobry czas. To połączenie dobrej zabawy z modlitwą i rozwijaniem samego siebie.

Ania, 2014

To były już moje siódme MARIANKI i chyba sama nie oczekiwałam, że mogą być tak inne od wszystkich pozostałych. Stało się tak pewnie po części dlatego, że po raz pierwszy uczestniczyłam w nich jako członek Mariańskiej Wspólnoty Młodych, czyli widziałam wszystko z drugiej strony. W głównej mierze jednak te MARIANKI tak głęboko zapadną mi w pamięć, bo Pan Bóg po raz kolejny w życiu dał mi ogromną lekcję pokory i przełamał wszystkie schematy, jakie się tylko da, żeby dotrzeć do mojego serca.
Wszystko zaczęło się od deszczu, który zatapiając miejsce naszego spotkania zmusił nas do przemieszczenia wszystkich wydarzeń do szkoły. Przez dwie godziny wszystko przenosiliśmy, rozstawialiśmy. W sumie bez żadnego planu, nikt nie wiedział jak to wszystko wyjdzie, czy w ogóle się uda zrobić wszystko tak, żeby to nad czym tyle pracowaliśmy, udało się pokazać uczestnikom. Jak nie trudno się domyśleć, udało się, a nawet bardzo. Wierzę i wiem, że taki był zamysł Pana Boga, który ucząc nas pokory pokazał swoją ogromną moc. Pokazał, że jeżeli odda mu się wszystko, to on to wszystko poskłada w niesamowitą całość.
W ten sam dzień miałam okazję po raz pierwszy uczestniczyć w modlitwie wstawienniczej. Z początku zastanawiałam się czy dam radę, czy się do tego nadaję, ale gdy tylko się rozpoczęła poczułam, że to niesamowita łaska móc modlić się za kogoś, dziękować za niego i uwielbiać w nim Boga. To mi uświadomiło, jak na co dzień mało widzę w drugim człowieku samego Boga i jego działania, jak często zapominam, że WSZYSCY ludzie są jego umiłowanymi dziećmi. To była też niesamowita lekcja modlitwy, bo wtedy naprawdę czułam obecność Ducha Świętego, który jak mówi Pismo „Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami”. Tego Ducha po prostu się czuło, jak nas wszystkich otacza i jak działa w sercach wszystkich, którzy przychodzili do modlitwy. Jestem też niesamowicie wdzięczna Panu Bogu za to, że w niedzielę sama mogłam pójść do modlitwy wstawienniczej, która bardzo mnie umocniła, dodała odwagi i stała się drogowskazem.
Owocem całego dnia było potężne uwielbienie w kościele, takie uwielbienie, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, a jakie bym chciała widzieć o każdej porze dnia i nocy. Cudownym jest gdy widzi się ponad 500 osób, które całą duszą i całym ciałem wielbią Pana. I to chyba właśnie wtedy poczułam się, jakby to był mój prawdziwy dom, miejsce którego za nic w świecie nie chcę opuścić, które daje szczęście, radość, uśmiech, pokój i życie.
MARIANKI dopiero co się skończyły, a ja już czekam na kolejne, po to żeby poczuć tą niesamowitą energię. Słuchać, jak biją serca setek młodych ludzi rozpalone Duchem Świętym, miłością do Boga i drugiego człowieka.
Za to wszystko co się wydarzyło w ten mariankowy weekend nieskończone CHWAŁA PANU!

Paulina, 2013

Wszystko dzięki Jezusowi. Gdyby nie On, nawet nie było by mnie na mariankach. I głównie za to chciałabym Mu podziękować. Tegoroczne marianki były dopiero drugim spotkaniem, w którym uczestniczyłam. Przyznam się, że w tamtym roku miałam wielkie obawy: Co ja tam będę robić? Jak się tam odnajdę? Jakoś poszło, no właśnie „jakoś”. Nie odczułam tej atmosfery co inni, nie poszłam do spowiedzi. Właściwie, nie wiem dlaczego, czy nie miałam potrzeby? Z tego powodu to wszystko mnie tak ominęło i czułam niedosyt. W tym roku postanowiłam, że będzie inaczej, dlatego bardzo cieszyłam się z tego wyjazdu. Jednak gdy nadeszła sobota i czas spowiedzi, wahałam się. Odczuwałam strach, ale nie wiedziałam przed czym! Wewnętrznie chciałam wstać z materaca, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Siedziałam patrząc na innych, jak uzyskują odpuszczenie grzechów, jak są szczęśliwi z tego powodu; także jak stoją w kolejce do modlitwy wstawienniczej. A ja siedziałam. Poczułam, jak wielkie łzy zaczęły spływać mi po policzkach. W jakże upalny, bezchmurny dzień, nagle niebo zaczęło płakać razem ze mną! I przypomniałam sobie słowa ks. Zbyszka który mówił, że także w namiocie będziemy kuszeni. Tak, zły duch zatrzymywał mnie, abym nie wstała. Wstałam, bo chciałam pokazać, że nie jestem od niego zależna, przecież JESTEM DZIECKIEM BOGA!!! Poczułam, że ON jest ze mnie dumny, poczułam, że dał mi swoją moc. I czekałam na swoją kolej do modlitwy z MWM. Przez ten czas oczekiwania, łzy nie chciały się zatrzymać. Gdy miałam powiedzieć intencję, bardzo się rozpłakałam. Słowa nie przechodziły przez gardło, jednak udało się. Uklęknęłam i stało się coś dziwnego. Przestałam płakać i uspokoiłam się, czułam ulgę, czułam miłość. Ostatnia łza, która spłynęła była tak gorąca, aż wydawało mi się, że rozcina mi policzek, że robi bliznę. Przestało także padać, zdziwiłam się, dlaczego niebo płakało razem ze mną? Do tej pory zastanawiam się dlaczego tak się stało i mam cichą nadzieję, że kiedyś mi to wytłumaczysz Panie. Zaraz po tym udałam się do spowiedzi, która była jedyną taką w moim życiu. Gdy wracałam do namiotu, byłam dosłownie „wniebowzięta”. Cudowne marianki 2013 ! Z niecierpliwością czekam na następne!
Chwała Panu.

Agata, 2013

Przez cały rok czegoś szukam. Podróżując, spotykając się ze znajomymi, chodząc do kina, na koncerty… wszędzie tam staram się odnaleźć to, co mnie wreszcie uspokoi, ucieszy. I mimo, że wszystkie te miejsca są różne, czuję się, jakbym szukała w tym samym – nieodpowiednim. Kiedy przyjeżdżam na Marianki, cały świat zostaje gdzieś daleko. Na jeden weekend w roku, wyrywam się z całego zgiełku, by spotkać się z Jezusem. Na Mariankach. A On tam jest. Jest wtedy, kiedy Go najbardziej potrzebuje i daje mi to, czego rozpaczliwie pragnę.
Od chwili, kiedy uwierzyłam w Boga, ciągle słyszę o Jego miłości. Setki razy mówiono mi „Bóg Cię kocha!”. Powtarzałam sobie to słowo jak mantrę, jednak ciągle czułam, że w tym tkwi jakiś haczyk. Nie mogłam w to uwierzyć. Na samą myśl o tym, znajdowałam milion dowodów, że wcale tak nie jest. Patrząc na siebie, widziałam kupkę nieszczęść. Nie wierzyłam, że Bóg kocha mnie tak samo, jak ludzi, którzy od wielu lat Go słuchają. Przecież do kochania wybiera się osobę najlepszą!
Podczas modlitwy wstawienniczej ponownie usłyszałam, że dla Boga jestem Jego ukochaną, najpiękniejszą i najwspanialszą córką. Jeśli mam być szczera, to słowa „ojciec”, „matka” i „miłość” w mojej głowie raczej nie idą w parze. Wieczorem, po powrocie na nocleg, biłam się z myślami. Następnego dnia nie było lepiej. Miałam świadomość, że za parę godzin wyjadę do domu i wrócę taka sama, jak przyjechałam. Jednak na chwilę przed zakończeniem Marianek usłyszałam słowa, które do tej pory sobie powtarzam. Ksiądz zapytał się, kogo słucham. Kogo słucham, skoro wierzę, że jestem do niczego. Kto wmówił mi, że nie jestem wystarczająco dobra, żeby mnie kochać… Zrozumiałam, czyj głos dominował w mojej głowie… Na Mariankach 2013 Bóg naprawił mi słuch. Już nigdy nie dam sobie wmówić, że On mnie nie kocha.

s. Karolina, 2013

Chcę się podzielić moim doświadczeniem Boga, który żyje, jest obecny pośród nas i działa. Czy wierzysz, że Bóg cię kocha? Ja ci chcę powiedzieć, że jesteś umiłowanym dzieckiem Boga, drogocenną koroną w Jego rękach, królewskim diademem w Jego dłoni (por. Iz 62, 3). Pamiętaj, Bóg cię kocha, choćby ci tego inni nie mówili.
Rok temu w czasie moich rekolekcji zakonnych, Jezus wprowadził mnie na drogę uzdrowienia serca. Na tegorocznych Mariankach 2013, poprzez świadectwo młodych ludzi, Bóg pokazał mi, że ja też mam problem z uwierzeniem w ludzką miłość. To, że Bóg mnie kocha to wiem, bo tego doświadczam w moim życiu. Czuję się przez Niego kochana. Czuję się szczęśliwą siostrą zakonną i gdybym miała wybierać jeszcze raz życie zakonne, to bym je wybrała. Nie potrafię jednak przyjmować miłości od ludzi, ponieważ sama nigdy nie usłyszałam od moich rodziców słowa „kocham cię, jesteś dla mnie ważna”. W mojej rodzinie raczej nie mówiło się o uczuciach. Ten brak okazywania miłości sprawił, że choć duchowo jestem pogodna, to moja twarz bardzo często jest smutna. Poza tym mam w sobie dużo lęku przed ludźmi, publicznymi wystąpieniami, czy czytaniem na głos. Wiele lęków już pokonałam, ale jeszcze wiele jest do uzdrowienia. Będąc trzeci rok w Warszawie i katechizując dzieci z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej, zdałam sobie sprawę, że nie potrafię moim dzieciom powiedzieć słowa „kocham cię”. Tyle wyznań miłości ile usłyszałam od dzieci, które uczę, to w całym moim życiu (przeszło 40 lat) nie otrzymałam. Jednego razu w czasie przerwy, chłopiec z drugiej klasy przytulił się do mnie i powiedział „kocham siostrę”. Ja patrząc na niego nie byłam w stanie powiedzieć mu, że ja go też „kocham”. Zdobyłam się jedynie na „ja też ciebie lubię”, on opuścił ręce i z wielkim wyrzutem patrząc mi w oczy powiedział „ale ja siostrę kocham”. Ta sytuacje dała mi dużo do myślenia.
Drugą przyczyną mojego smutku i lęków jest to, że kiedy się poczęłam mój tata przeznaczył mnie do aborcji. Nie chciał czwartego dziecka, bo rodzice nie mieli własnego mieszkania i „tułali się” po różnych miejscach. Jednak Bóg, dał przekonanie mojej mamie, że skoro Bóg sprawił, że to dziecko się poczęło, to nie będzie go zabijać. Przebaczyłam mojemu tacie to niedoszłe zabójstwo na mnie i wszystkim osobom, które do aborcji namawiały. I tym sposobem przyszłam na świat, pełna lęku, strachu i niepewności. Później okazało się, że jestem najukochańszą córeczką mojego taty, choć miałam jeszcze dwie siostry. Bóg działa poprzez paradoksy…
Podczas spotkania młodych poprosiłam o modlitwę wstawienniczą, Bóg dotknął mnie szczególną łaską, łzy płynęły mi cały czas… Na koniec otrzymałam Słowo z Iz 44,1-2 „Teraz więc słuchaj, Jakubie, mój sługo, Izraelu, którego wybrałem! Tak mówi Pan, który cię uczyni, w łonie matki cię wspiera…”. Cieszę się, że pomimo pewnej niechęci co do wyjazdu na dni młodych w Górze Kalwarii, Bóg sprawił, że tam byłam i doświadczyłam Jego wielkiej łaski. Wracając już na dworzec, zajechał mi drogę chłopiec na rowerze i dwa razy powtórzył: „zapraszamy na przyszły rok”. Chwilkę z nim porozmawiałam i na koniec znowu dwa razy powtórzył zaproszenie: „w imieniu wszystkich z Góry Kalwarii, zapraszamy na przyszły rok”. Bóg ma swoich aniołów, których do nas przysyła.
Modlę się za wszystkich , którzy będą czytać moje świadectwo, o doświadczenie Bożej miłości oraz o mądre wybory dla wszystkich młodych, aby każde dziecko, które się poczęło, miało szansę narodzin i życia w miłości rodzicielskiej.

Gosia, 2013

Marianki 2013 miały ogromną moc. Spotkanie młodych było zawsze 3. dniowym spotkaniem ze znajomymi, których nie widziałam długi czas oraz czas ciągłego śpiewania. W ostatnim okresie w moim życiu wiele się zmieniło, zaczęłam na nowo poznawać Pana Boga i widzę, jak przemienia moje serce. Tegoroczne marianki były dla mnie wyjątkowe. Przeżyłam cudowne chwile spędzone na medytacji, modlitwie i uwielbianiu Jezusa. Bardzo mocnym doświadczeniem było dla mnie sobotnie uwielbienie. Wystawienie Najświętszego Sakramentu miało ogromną moc. Czułam obecność żywego Jezusa! Cudownie spędzone chwile. Pięknym czasem była również modlitwa wstawiennicza. Pragnęłam doświadczyć mocy Ducha Świętego i spotkania z Bogiem, chciałam stanąć w Jego obecności. W pewnym momencie poczułam taki wewnętrzny pokój i dużo miłości, tak jakby ktoś powiedział „nie martw się, będzie dobrze, ja sie tym zajmę”. Pozwoliłam działać Jezusowi i oddałam mu to wszystko z wiarą w to, że On jest silniejszy od każdego mojego problemu. Cudowny czas. Od tej pory marianki są dla mnie spotkaniem, nie tylko ze znajomymi, lecz przede wszystkim spotkaniem z prawdziwym ŻYWYM Jezusem Chrystusem! Chwała Panu za ten błogosławiony czas.

Ula, 2013

Jadąc na Marianki spodziewałam się naładowania mocą Ducha Świętego, budujących treści i fajnej zabawy. Dokładnie taki był piątek. W sobotę były mówione świadectwa. Jedno z nich wywołało u mnie mieszane emocje, więc poszłam porozmawiać z księdzem. To miała być zwyczajna rozmowa, a była długa, wyczerpująca i zaskakująca.
Trzy lata temu w moim życiu miały miejsce wydarzenia, po których czułam się bardzo odepchnięta przez moich rodziców. W tym czasie pojawił się ktoś, przy kim poczułam się kochana. Na tej relacji zbudowałam swoje poczucie własnej wartości, akceptację samej siebie. Po jakimś czasie ten człowiek powiedział mi, że mnie nie kocha, nie potrzebuje, nie chce. Wtedy poczułam, że straciłam kontrolę nad wszystkim, że zostałam z niczym. Moje poczucie własnej wartości legło w gruzach.
Rozmowa z księdzem wywołała u mnie nowe emocje. Przyznałam sama przed sobą: „Nie kocham się”. Poszłam na modlitwę wstawienniczą. Klęknęłam i krzyczałam w myślach: „Panie. Pragnę Ci oddać moje życie, chcę żyć według Twojego planu, oddać Ci moje zranione serce, ale się cholernie boję”. Wtedy ksiądz odczytał Słowo „Nie lękaj się, bo Ja jestem z Tobą”. W tym momencie coś we mnie pękło. Mam się nie bać. Przecież jestem Dzieckiem Boga! On mnie kocha, nigdy ze mnie nie rezygnuje. Kocha mimo, że mnie zna.
Niedziela była inna. Ja czułam się uwolniona, kochana. Uczę się nie lękać i ufać Panu. Teraz to On jest moim fundamentem, na którym buduję miłość do samej siebie.
Chwała Panu!

Ewelina, 2012/2013

Marianki. Pisząc ten wyraz mam uśmiech od ucha do ucha. Jeszcze niedawno Marianki były wycieczką, dzięki której nie musiałam iść w piątek i poniedziałek do szkoły. Dzisiaj ten majowy weekend jest jednym z najbardziej oczekiwanych prze zemnie spotkań. To właśnie zaraz po powrocie odlicza się dni do następnych. Marianki dla mnie to czas bliskiego spotkania z żywym Bogiem, moment, w którym mogę mu oddać całą siebie, „zresetować” swoją duszę. Możliwość poznania bardziej Pana. Pogłębienia swojej wiary, ale nie tylko. Jednym z wielu utęsknionych momentów dla mnie jest wejście na teren szkoły i widok dawno niewidzianych twarzy, droga ze szkoły na plac. Czy też dłuuuugie noce w ciągu których śpiewamy w salach czy na korytarzu gramy w karty. Noce, których nigdy nie ma się dosyć i ciągle ich mało. Właśnie możliwość spotkania nowych ciekawych a także wartościowych ludzi doprawia całe to spotkanie. Żeby nie było tak słodko Marianki mają kilka wad (tak mają! Trudno w to uwierzyć, ale mają) 😉 . Po pierwsze trwają za krótko, i trzeba czekać na następne cały rok. Wracając z Góry Kalwarii mam zawsze zły humor i łzy w oczach zadaje sobie pytanie „jak cofnąć czas”. Już dzisiaj odliczam wraz ze znajomymi dni, kiedy znów się zobaczymy, kiedy razem będziemy mogli usiąść w namiocie na placu i razem wysłuchać katechezy, porozmawiać czy najzwyczajniej w świecie pośmiać. Dzisiaj do Marianek pozostało 63 dni! Już niedługo!!! 😉

A.,  2012/2013

„Bóg może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w jego kierunku musimy zrobić sami.” Mi w tym moim jednym kroku do Boga pomogły właśnie moje pierwsze Marianki. Pamiętam, że w głowie ciągle miałam jedno zdanie: przecież ja tu nie pasuję. Łatwo to sobie wyobrazić: dookoła mnie pełno ludzi, wszyscy skaczą, śpiewają, cieszą się. A ja patrzę i trochę nie dowierzam, co tu robię…

Wszystko zmieniło się dzięki spowiedzi. To było dla mnie coś zupełnie nowego. Spowiadałam się zawsze w konfesjonale, mówiąc wykutą na pamięć w podstawówce formułkę. Tu wyglądało to inaczej: mała ławeczka na polanie, nie ma szans żeby się schować… Usiadłam obok księdza i nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Po chwili wspólnego milczenia usłyszałam zwykłe, przyjacielskie „odwagi!”. Zajęło mi to trochę czasu, ale otworzyłam się i powiedziałam wszystko, co miałam na sumieniu. To była chyba najpiękniejsza spowiedź w moim życiu. Odchodząc, czułam się jak po długiej wędrówce, kiedy nareszcie zrzuca się z pleców za ciężki bagaż. Wróciłam do namiotu, miałam ochotę skakać, śpiewać i cieszyć się. Czułam, że pasuję! 🙂

Daga, 2012

Na Mariankach poznaję dużo fajnych ludzi, którzy mają różne zainteresowania i utrzymuję z nimi kontakt do dziś. Dla mnie jest to budujące spotkanie, że tak wielu młodych ludzi przyznaje się do Chrystusa. Uczestnictwo w Mariankach daje mi możliwość wysłuchania ciekawych katechez, które są źródłem wiedzy jak i również są odpowiedzią na wszystkie pytania.

Czysia,  2009

Marianki – czas modlitwy, przebywania z ludźmi, wspólny śpiew, taniec, spowiedź, Eucharystia. Wszystko to piękne, budujące naszą wiarę. No, można by mówić- fajnie było, ciągle coś się działo, spotkałam znajomych, ogólnie bardzo mile spędzony czas. Ale to nie o to tu chodziło…Tylko o to, by znaleźć i doświadczyć tej niesamowitej miłości Chrystusa…
Szczególny wpływ na mnie podczas tegorocznych Marianek miała modlitwa wstawiennicza. Nie poszłam do spowiedzi, bo byłam kilka dni wcześniej. I trochę nie czułam tego klimatu, co wszyscy. A więc gdy inni się spowiadali postanowiłam pójść na modlitwę wstawienniczą.. Przecież mi nie zaszkodzi. Poszłam, wróciłam. Nic nadzwyczajnego. Byłam trochę zawiedziona, że nic nie poczułam, że nic się nie stało. Najwyraźniej chciałam dostać jakiś znak, poczuć to w sobie. Położyłam się znów na materac pod namiotem. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w klimatyczne pieśni.. Zaczęłam się modlić tymi pieśniami, wsłuchiwałam się w słowa.. Mijała godzina.. Ogarnęła mnie nagła chęć coraz większej modlitwy. Postanowiłam pomóc koleżance i pomodlić się za nią razem ze znajomymi podczas modlitwy wstawienniczej.. Cieszyłam się, że mogę dać siebie. Że mogę się modlić! Skończyliśmy, a potem reszta zachęcała mnie, żeby teraz nade mną się pomodlić. Przecież już raz byłam, czy jest jakiś sens? Skoro to i tak mi nic nie dało.. Ale klęknęłam. No i się zaczęło.. całkiem się rozkleiłam. Łzy spływały po policzkach.. Czułam tak wielka miłość, że nie mogłam ich powstrzymać.. Musiałam skorzystać z chusteczek, których zużyto tyle na tych Mariankach, że szok. : Potem przeczytali mi słowo.. Słuchałam, a na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.. Płakałam i cieszyłam się jednocześnie.. Radość z tego, że jestem kochana…
Po Mariankach. No właśnie, co będzie jak wrócę z Marianek? Już podczas powrotu w autobusie chodziły mi po głowie takie myśli.. Przecież było tak super! Tak chciałoby się zostać tam jeszcze kilka dni.. A tu znów wracamy do szarej rzeczywistości, problemów, codziennych obowiązków.. Właśnie nie! Nie mogę się temu poddać! Przecież Marianki miały być tym czasem, który da mi siłę na kolejne dni, na to żeby każdego dnia stawać się lepszą, na to, abym potrafiła się modlić codziennie i zmieniać swoje serce.
Temat Marianek : Czego szukasz? Bardzo dobry temat.
Niektórzy pojechali tam z mieszanymi uczuciami, pierwszy raz, nieświadomi jak to wszystko będzie wyglądało, inni pojechali w celu pogłębienia wiary. Dla niektórych było to niesamowite przeżycie, poczuli prawdziwą Miłość. I o to chodzi na Mariankach. Żeby pojechać , otworzyć się i znaleźć tam Miłość Boga. „Za czym tęsknisz, czego pragniesz tak naprawdę?”- często powtarzane pytania podczas katechez. Każdy ma w sobie jakieś pragnienia, ale tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, że to jest tęsknota za Nim.. Nic nie może nam zastąpić Jego Miłości 😉
„Szukajcie, a znajdziecie, proście, a będzie wam dane.” Trzeba tylko chcieć…Wszyscy poszukujemy. Może czasem warto się zatrzymać, żeby pozwolić się znaleźć?

Marysia, 2009

No i Marianki dobiegły końca. A ja teraz siedzę i piszę to świadectwo z dziwną lekkością w sercu. Łatwo jest mi wrócić do tamtych dni, bo najłatwiej jest wspominać te chwile, które były najpiękniejsze. Co mi te rekolekcje dały? Czego tak naprawdę szukałam? Dobrej zabawy? Nowych znajomych, ucieczki od codziennego życia? A może szukałam Boga? Nie bałam się tego wyjazdu, jechałam tam spokojna i szczęśliwa. Chciałam jeszcze bardziej pogłębić moją wiarę, bo nigdy nie można powiedzieć, że zrobiło się dla Pana wystarczająco. Cieszyłam się, że Bóg postawił mnie właśnie tam, wśród ludzi, którzy mają podobne pragnienia do moich. Wraz z nimi śpiewałam, modliłam się, klaskałam, tańczyłam. Te chwile były wspaniałe, ale dobrze wiem, że gdyby tylko tak pozostało te rekolekcje nic by nie zmieniły w moim życiu.
Kiedy słuchałam w namiocie katechezy, zobaczyłam ten przyjazny blask bijący z oczu księdza. W jego wzroku było pełno czegoś tak pięknego, że nie dałoby się tego opisać słowami. Dosyć długo rozmyślałam nad tym, zanim zdałam sobie sprawę, że blask w jego oczach był blaskiem Jezusa Chrystusa. Dopiero wtedy zrozumiałam, że przytulając kogokolwiek przytulam Jezusa Chrystusa. Że rozmawiając z kolegą, koleżanką, czy księdzem, rozmawiam z Jezusem Chrystusem. W oczach każdego z nas bije Jego blask, ale to tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli pokazać go innym. A ja dziękuję Panu, że również w moim obliczu jest Jezus Chrystus.
Oczywiście to nie była jedyna rzecz, która mną ruszyła. Kolejnym takim krokiem była spowiedź i modlitwa wstawiennicza. Kiedy klękałam, a MWM kładło na mnie ręce poczułam się taka spokojna, bezpieczna i co najważniejsze – kochana. Wiedziałam, że nie tylko ich ręce mnie dotykały, ale i Jego miłość. Rozkleiłam się zupełnie. Łzy obficie leciały na podłogę, a ja nie mogłam przestać płakać.Czułam, że moje serce odrywa się od ciała i leci przez cały świat, po czym wlatuje do Nieba i przytula się do Jezusa. To było niezwykłe uczucie, które trudno opisać. Bezgraniczna radość, że mogę być blisko Niego. Do dzisiaj Mu za to dziękuję.
No i w końcu przyszedł czas spowiedzi. Każdy grzech bolał sto razy mocniej, niż przed „zwyczajną” spowiedzią. Usiadłam na ławce i…zastój. Spowiedź jeszcze nigdy nie była dla mnie tak trudna. Z trudem powstrzymałam kolejny potok łez, bo wiedziałam, ze kiedy zacznę płakać już nic nie powiem. Zawsze było mi trudno mówić o moich błędach, ale teraz to było jeszcze trudniejsze. Ale na szczęście udało się i otrzymałam rozgrzeszenie. Znowu wróciło uczucie, że to nie ręce księdza dotykają mojej głowy, ale Jego ręce.
Każde przeżycie na Mariakach było niezwykłe i na swój sposób wspaniałe. On zmienił moje serce, moją duszę, zmienił całą mnie! Teraz wiem, że każda zaśpiewana przeze mnie nuta, każde słowo z moich ust, jest dla jego Chwały. Dziękuję mu za to. Za moje wielkie, duchowe rodzeństwo, które przede mną postawił, za wspaniałego duszpasterza. A zwłaszcza za to, że dzięki Niemu jestem lepszym człowiekiem, że z każdym krokiem jestem coraz to bardziej podobna do mojego Mistrza – Jezusa Chrystusa!

Mateo,  2008

Piszę świadectwo, choć wcale nie miałem tego w planach. A to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż wszelkie planowanie nie ma najmniejszego sensu, bo przecież sam Jezus mówi nam: „Nie troszczcie się zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dość ma dzień swej biedy” (Mt 6, 34).
Także na tegorocznym Mariańskim Spotkaniu Młodych mogliśmy się o tym przekonać słuchając dwóch, jakże pięknych, świadectw. Na pewno nie bez przyczyny dopiero teraz, w ponad tydzień po Mariankach, ja piszę swoje własne świadectwo.
Ważnym wydarzeniem na tych Mariankach, poza świadectwami, była dla mnie Eucharystia pod przewodnictwem wiceprowincjała Eugeniusza Zarzecznego MIC, który podczas homilii mówił o świadomości tego, że Bóg mnie chciał, chciał, żebym był tu i teraz, i tak samo chciał każdego z nas. Ta świadomość pomaga w okazywaniu miłosierdzia bliźnim, nawet w najtrudniejszych chwilach…
Marianki uświadomiły mi jeszcze jedną, bardzo ważną, rzecz, a właściwie to uświadomił mi to ksiądz Mateusz (bo to chyba on o tym mówił) w czasie katechezy. Mianowicie chodzi o świadomość krzyża, krzyża, którym jest zwątpienie, krzyża, którego często nie potrafimy nazywać krzyżem. Ja, przed Mariankami, także nie potrafiłem patrzeć na chwile zwątpienia, jako na krzyż, który muszę udźwignąć. Kiedyś, w chwilach zwątpienia, pełen obaw zastanawiałem się czy może kiedyś, gdy zwątpienie będzie wyjątkowo wielkie, czy wtedy się nie poddam, czy nie stracę wiary?… Teraz już znam odpowiedzi na te pytania, bo chcę dźwigać ten krzyż, chcę walczyć ze zwątpieniem i wierzę, że dzięki Łasce, dzięki Duchowi Świętemu wyjdę z tej walki zwycięsko, że to Jezus Chrystus zwycięży we mnie.
Kolejnym bardzo ważnym elementem tegorocznych Marianek był dla mnie Sakrament Pojednania. Po wspólnym Rachunku Sumienia postanowiłem wyspowiadać się u wcześniej wspomnianego księdza Mateusza. Posiedziałem więc jeszcze trochę pod mariankowym namiotem, pomodliłem się, porozważałem nad własnymi grzechami i poszedłem do Spowiedzi, do księdza… Krzysztofa Ziaji. I wcale nie dlatego, że kapłan ten uczył mnie religii w pierwszej klasie liceum. Tak po prostu miało być i było to dla mnie głębokie doświadczenie.
Wszystkie te wydarzenia, całe Marianki 2008, utwierdziły mnie w przekonaniu, iż chcę, żeby Jezus Chrystus był moim Panem, żeby był moim Nauczycielem i Mistrzem, żeby to On pokazywał mi to, co jest dobre, żeby pokazywał mi właściwą drogę i pomagał nią dążyć; żeby pokazywał mi to, co jest złe i pomagał to odrzucić, bo sam nie jestem w stanie tego zrobić. Sam nie mogę nic zrobić dobrze i chcę, żeby to Jezus Chrystus podejmował za mnie wszelkie decyzje w moim życiu – te małe, ale i te najważniejsze – aby wszystko było zgodne z Jego wolą, gdyż tylko wtedy będę mógł żyć w pełni, gdyż jak powiedział Jan Chrzciciel: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3,30).
Chcę żyć tak, żeby móc powtórzyć za św. Pawłem apostołem: „Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus” (Gal.2,20).
Poza tym całe Marianki były wspaniałe i bałem się, żeby nie było tak, jak mówił któryś z księży podczas katechezy, że powrócę do szarej codzienności, a czar Marianek pryśnie, że znowu wszystko będzie tak, jak przedtem. Nawet tuż po Mariankach czułem, że niewiele z nich wyniosłem, ale teraz widzę, że jest inaczej, że Marianki przynoszą owoce, za co dziękuję Panu – chwała Mu! To dlatego dopiero teraz miałem napisać to świadectwo…